„Nie chcę orzekania o winie. Chcę mieć to po prostu za sobą.”
To zdanie brzmi rozsądnie.
Ale czasami oznacza bardzo świadomą decyzję.
A czasami — rezygnację z czegoś, z czego wcale nie trzeba było rezygnować.
Dlatego zanim zgodzisz się na rozwód bez orzekania o winie, warto zadać sobie jedno pytanie:
Czy wybieram spokój, czy po prostu odpuszczam, bo jestem zmęczony?
Bo to nie jest to samo.
Rozwód bez winy nie oznacza, że „nic się nie wydarzyło”
To jedna z największych pułapek myślenia o rozwodzie.
Jeżeli małżonkowie decydują się na rozwód bez orzekania o winie, nie oznacza to automatycznie, że:
„oboje jesteśmy tak samo odpowiedzialni”.
Nie oznacza również:
„nikogo nie skrzywdziliśmy”.
I nie oznacza:
„to, co się wydarzyło, nie ma znaczenia”.
Oznacza przede wszystkim, że strony nie chcą, aby sąd rozstrzygał kwestię winy za rozkład pożycia.
To ogromna różnica.
Można mieć bardzo poważne zarzuty wobec współmałżonka i jednocześnie uznać, że proces o winę nie jest wart kosztów, czasu, emocji i konsekwencji.
I właśnie tutaj zaczyna się strategiczne myślenie.
„Bez winy” może być kompromisem. Ale nie musi.
Wyobraź sobie dwie osoby.
Pierwsza mówi:
„Zgadzam się na rozwód bez winy, bo nie mam już siły walczyć.”
Druga mówi:
„Mógłbym domagać się ustalenia winy, ale po analizie sytuacji uznałem, że nie jest to dla mnie najlepsze rozwiązanie.”
Na papierze zrobiły dokładnie to samo.


